Mogłoby się wydawać, że żyjemy w pięknych czasach, kto wie może nawet w najlepszym okresie w historii naszej cywilizacji. Nie dotykają nas globalne konflikty zbrojne, wiedzę mamy w zasięgu kliknięcia, do tego za darmo. Wszystkie znaki na niebie wskazują na to, że otaczający nas ekosystem sprzyja dokonywaniu rzeczy wielkich. Mimo to coraz częściej najprostsze czynności nazywamy cudami.

– jutro o 5 wstanę chyba jakimś cudem

– chyba tylko cud może mi pomóc wyrobić się z tą robotą

– nie wiem jakim cudem miałbym to zrobić

Przykłady tego typu można mnożyć bez końca. Sęk w tym, że żadnych cudów nie będzie. Nie piszę tutaj o przeżyciach duchowych, ale o tym, że coraz częściej wciskamy sobie sami kit, że zrobienie m.in. trudnego projektu w pracy jest równie prawdopodobne jak przejście Mario w lewo. Nie wiem skąd w nas tyle pokładów beznadziei. Coraz częściej mam wrażenie, że brak wiary we własne możliwości jest tak samo powszechny jak piguły na sztachetówach.

Samo się nic nie zrobi, rzadko kiedy ktoś cos zrobi za nas. Wyjątkiem są sytuacje, w których brak naszej inicjatywy sprawia, że komuś innemu pali się grunt pod nogami. Jednak z drugiej strony udostępniamy mowy motywacyjne, codziennie cytujemy durnych coachów i przypadkiem sprawiamy wrażenie ludzi, którzy kontrolują swoje życie. Do czasu. Pierwszy lepszy zakręt i zamiast zarzucić tyłem i lecieć nawet po krawędzi, decydujemy się na solidny wjazd w barierki licząc, że tam na dole będzie telemark. Niestety, jak cos spada to musi pierdolnąć. Solidnie.

Chcesz cudów? Zrób sobie dziecko, wtedy faktycznie przespanie całej nocy w pierwszym trymestrze można nazwać cudem. Jednak to, że polazłeś na spotkanie nieprzygotowany i jakoś poszło to nie cud, to tylko fart. Zresztą chwilowy, życie zawsze weryfikuje, nie da się przez nie nieustannie ślizgać. No kurwa mać, nie da się, po prostu.

Żeby do czegoś dojść trzeba iść

Właściwie, aby do czegoś dojść nie wystarczy iść, trzeba czasem solidnie zapierdalać. Wszystko oczywiście należy robić w równowadze, ale spanie do 14 sukcesu Ci raczej nie przyniesie. Co więcej, czytanie blogów, oglądanie filmów na YouTube też za dużo nie zmieni. Ten stan utrzyma się aż nie spróbujesz wdrażać i testować zdobytej wiedzy. Życia trzeba trochę liznąć, a aby to zrobić należy wyjść ze swojej strefy komfortu, podciągnąć portki, zacisnąć zęby i przeć przed siebie.

To, że udało Ci się dowieźć jakiś projekt do końca to nie jest cud. Cudów nie ma. To tylko Twoja zasługa, Twoja praca i Twój wkład. Po drodze nigdy nie jest łatwo, trzeba czasem pozdzierać ryja, aby drugi raz wiedzieć czego, lub kogo unikać. Jednak to wciąż żaden cud, to tylko życie. Smutne jest to, że zrozumienie tak prostych rzeczy jest dla coraz większej liczby osób trudne. Zapomina się o tym, że każde działanie, bierność również, przynosi skutki. Trzecia zasada dynamiki Newtona mówiąca o akcji i reakcji obowiązuje zawsze i wszędzie. Gówno robisz, gówno dostaniesz. To jest tak samo oczywiste jak poranna dwójka po kawie i kebsik na cienkim z sosami mieszanymi w piątkowy wieczór.

Fakersa każdy jeden pokazać potrafi, ale wziąć dupsko w troki, przyjąć na mordę kilka strzałów i oddać dwa razy mocniej to już żodyn nie chce. Prawda jest jednak taka, że obok seksu, to właśnie nastrzelanie życiu po ryju i dopięcie swego jest najcudowniejszym uczuciem. A ani jedno, ani drugie to nie cud, to całkiem osiągalne i rzeczywiste czynności.


Podobało się? Dołącz do mojego profilu na Facebooku oraz niezawodnej grupy książąt internetu. Moją brzydką facjatę możesz również podglądać na Instagramie.

Kto pisze?

Adrian Kwiatkowski

Kiedyś Łodzianin, obecnie warszawski słoik a tak naprawdę Tomaszowianin. Towarzyski ale introwertyk, zły ale dobry. Po prostu chodząca sprzeczność.

Leave a Comment

Connect with Facebook

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

/* ]]> */