Lifestyle

Pierwsze wino to mój pierwszy teleport

Written by Adrian Kwiatkowski

Pamiętacie swoje pierwsze wypite wino? Tak? To dobrze bo ja swojego nie za bardzo, czasy gimnazjum, szczyl gimbazjalny, wino najtańsze (nieświadomie połączyłem się pierwszy raz trunkowo z kwasożłopowymi punkami), wspomnienia najcenniejsze.

To był jakiś letni dzień, kumpel miał urodziny, mieliśmy wyjść na piwo na nasze ukochane filary (taka miejscówka, pokaże ją wam kiedyś), pogadać i wrócić do domu. Nie będę ukrywał, że byłem aniołkiem, zazwyczaj byłem spokojny, doprowadzić mnie do wybuchu było trudno, po mordach okładać też się nie zawsze lubiłem, byłem przeciętnym nastolatkiem, który czasami potrafił zrobić kaboom. Nie żebym był piromantą czy saperem z powołania, wybuchał czasem spokojny Kwiatuś.

Tak stało się na tamtym spotkaniu. Przyjechałem z jednym piwem, nie zapomniałem oczywiście o gumach do żucia, żeby rodzice nie mogli ode mnie wyczuć alkoholu, wiedziałem wtedy o tym, że piwo czuć bardziej niż wódkę dlatego orbitki musiały być przygotowane. Znajomi zmienili jednak koncepcje, myślałem, że zobaczę tylko browarki a tu bum, tanie jabole, kwasy, siarotrunki, przy których Amarena to wino obiadowe. Mam nawet kilka zdjęć z tego dnia, oczywiście ich wam nie pokażę bo nie będę się pogrążał, nie dość, że wyglądałem jak szczur, to widok gówniarza z ponad litrową butelką wina nie jest specjalnie radosny. Sam fakt, że piliśmy wtedy tyle był głupi (ale młodość rządzi się przecież swoimi prawami) ale na tym nie koniec. Pamiętam jak dziś, że wraz z jednym z kumpli postanowiliśmy zrobić zawody, picie tego wina na czas, kto szybciej wygrywa. Przegrałem ale niedużo, wyszedł mój brak wprawy. Trzeba jednak nam przyznać, że mieliśmy mocne łby, wierzcie mi lub nie ale po takim piciu byliśmy w stanie prosto jeździć na rowerze, nie wiem czy sprzedawca nas wyrolował, wiedział co się święci i miał przygotowane pod ladą wina dla szczyli, które naprawdę były jakimś sokiem z siarczynami żeby smaku nie odróżnić czy od początku miałem jednak mocny łeb. W międzyczasie dziewczyny poszły po jeszcze jedną butelkę bo zgodnie stwierdziliśmy, że nam mało. Dziewczyny przyszły, otworzyliśmy, wypiliśmy.

Skoro wino wypite, skoro żyłem i pamiętałem wszystko postanowiłem udać się do domu, taki przynajmniej był plan. Grawitacja jednak zaczęła być silniejsza niż zwykle, rower wyglądał niczym dziki mustang, nie dało się go okiełznać a moja pamięć została wymazana niczym płyta CD-RW. Jak nam się film pourywał tak do wieczora leżałem prawdopodobnie w wysokiej trawie i sobie spałem. Obudziłem się pod wieczór, na telefonie było milion połączeń od matki, więc czułem już żar na dupie. Wszystkich obudziłem i zarządziłem kierunek "Dom", każdy udał się w swoją stronę. Miałem nadzieję, że się jakoś wślizgnę niezauważony ale niestety. Nie zdążyłem przejść przez furtkę to cały misterny plan legł w gruzach.

Szczęście, że ojca nie było. Matka najpierw na mnie się wydarła, potem wcześniej wspomniany żar na dupie (spodziewałem się większego), poszedłem zmęczony pod prysznic a potem spać. Dzień później ojciec zawołał mnie na rozmowę, jak to się mówi zacząłem myśleć czy by sobie poduszki pod dupsko nie podłożyć, co by tu zrobić żeby nie bolało. Nic z tych rzeczy. Wziął mnie na stronę, powiedział co myśli, postawił piwo, nalał sobie i mi. Powiedział coś w stylu jeśli Ci się to tak podoba to wypij i ze mną, nie podobało mi się, tym bardziej nie miałem ochoty pić z ojcem, może to była zasadzka? Nie wiem, nie podniosłem tej szklanki, on pewnie wiedział, że tego nie zrobię. Jednak to działanie było na tyle skuteczne, że w gimnazjum nie wypiłem w zasadzie nic, a jeśli to jakieś pojedyncze piwo. Gdzieś tam z tyłu głowy miałem to co powiedział mi ojciec.

A Twoje pierwsze wino jak się skończyło?

  • W moim przypadku pierwszego wina nigdy nie było. Za to była, często wspominana przeze mnie (z szyderczym uśmieszkiem na ustach), pierwsza flaszka.

    Na osiemnastce, starszego o dwa lata kumpla, ktoś wyskoczył z pomysłem: „pierwsza w naszym gronie osiemnastka, trzeba to oblać!”. Ów pełnoletni znajomy, wyposażony w legitymacje szkolną, został, pod pewną presją, oddelegowany do sklepu po trzy flaszki.

    Koniec tej historii nie jest w żadnym stopniu zaskakujący – 11 na 13 osób odpłynęło w głębokim śnie. Browary i wódka zrobiły swoje. Na (nie)szczęście pamiętam wszystko, bo byłem jednym z dwóch delikwentów, którzy zostali świadomi ówczesnej sytuacji. Wcześniej wspomniany solenizant, który był, i do dzisiaj jest abstynentem (kiedyś został podpuszczony do wypicia 3 kielonków wyjątkowo podłej goudy, ale poza tym, to nic nie pije), oraz ja, któremu z do dzisiaj z nieznanych powodów alkohol nie uderzył tak do makówki (może była to kwestia mięśnia piwnego… kto wie…).
    W każdym bądź razie, gdy większość smacznie spała, solenizant otrzymał od rodziców telefon „za godzinę będziemy”. Tego nikt się nie spodziewał. W popłochu rzuciliśmy się do sprzątania i naprawiania usterek (urwany kran, zalane dwa piętra, etc). Gdy już było w miarę czysto, jak grom z jasnego nieba spadłą na nas myśl: „ku*wa, a co z tymi 11 śpiochami???” kolegów budziliśmy, no nie oszukujmy się, brutalną siłą lub szklanką wody, a jako że nie mieliśmy serca powtórzyć tego z koleżankami, to z największą możliwą dozą delikatności, aczkolwiek w tempie ekspresowym, przelokowaliśmy je do domu kumpla, który jako tako wrócił do rzeczywistości.

    Z perspektywy czasu jest mi za to strasznie głupio. Było to bardzo nieodpowiedzialne, niebezpieczne, ale też… niezapomniane.
    Błędy młodości – chyba każdy je popełniał. Grunt, że wszystko skończyło się dobrze, ja nabrałem respektu do alkoholu, wiem jak pić, żeby nie przeholować, no i mam pretekst, żeby nabijać się z kumpli. ;P

  • karafka

    Ah, pierwsze wino. 🙂 Wspaniały wakacyjny wypad ze znajomymi nad jezioro, jeszcze byliśmy nieletni, jeszcze mieliśny problemy z nabyciem trunków. Fenomenalne, wariackie wspomnienia – częściowo przyćmione – uznajmy po dobroci, że za sprawą upływajacego czasu, a nie szalejących promili.
    Coroczne balowanie w mniej więcej tym samym gronie stało się naszą tradycją. Aczkolwiek coraz trudniej co roku zgrać ekipę. 🙁
    A tak w ogóle to dziś trafiłam na Twojego bloga, jestem oczarowana stylem, pół dnia już szperam po starych notkach. Kolejny bloger, który ma coś do powiedzenia, robi to dobitnie, ale i z klasą. 🙂

  • Muszkieter

    Ja byłem wstrzemięźliwy w 95% (kilka tygodni przed 18stką na 18stce kumpeli chlapnąłem pierwszą wódeczkę). I nie żałuję, bo jak już mogłem na legalu, to wcale mnie nie kręciło picie do porzygu lub na akord (no panowie, to szybciutkie 4 kolejki dla humorku…). Dziś popijam tylko w dobrym towarzystwie, z którym mogę porozmawiać. Unikam za to tych, którzy muszą wypić, by porozmawiać.

  • Kaśka

    Mama mnie poiła winem porzeczkowo-winogronowym jak miałam 4 lata… Tak na lepszy apetyt… Biedna nie miała już siły mnie szukać po całym domu i podwórku. Jak słyszałam słowo OBIAD znikałam z prędkością światła. Chowałam się w przeróżnych miejscach. Potrafiłam siedzieć 2 godziny w szafie, pawlaczu, ukryta w szopkach albo w stodole na sianie jak drabina na strop była przystawiona :). Teraz sama muszę z miską biegać za dziećmi z obiadem ( nie poje ich winem:)). Ale żeby się upić musiałam jeszcze poczekać 13 lat :). 17 lat jak pierwszy raz upiłam się do takiego stanu, że facet musiał mnie wnosić na rękach śpiewającą na 3 piętro :).